POLSKA PANORAMA
POLSKA PANORAMA POLSKA PANORAMA POLSKA PANORAMA POLSKA PANORAMA POLSKA PANORAMA POLSKA

ISTOTA MINISTERSTWA SPRAW ZAGRANICZNYCH W III RP          

Krzysztof Plechicki dla ABC.net


Dlaczego fakt uczestnictwa prof. Krzysztofa Skubiszewskiego w Radzie Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady
Państwa generale Wojciechu Jaruzelskim w czasach PRL-u (w latach 80.) nie uzyskał w ostatnich latach żadnego
rezonansu w rzekomo "wolnych mediach" III RP, choć bezustannie podnoszono uczestnictwo we wspomnianej
Radzie innego profesora, Macieja Giertycha?

Odpowiedź na to - wydawałoby się nieco skomplikowane pytanie, jest banalnie prosta: za prof. Skubiszewskim, TW
"Kosk", zwerbowanym w l. 60 do m.in. dezinformacji Zbigniewa Brzezińskiego i szpiegowania własnej rodziny w
Londynie (powiązanej z Rządem RP na Emigracji) stał potężny "układ" (niegdyś Układ Warszawski). Za prof.
Giertychem - znacznie skromniejsze, nieporównanie skromniejsze siły. Za prof. Krzysztofem Skubiszewskim murem
stoi niemal cały MSZ i "służby" - w tym te obecnie likwidowane. Agentów "układ", w skład którego wchodzi także
MSZ, broni znakomicie, chciałoby się rzec, "jak Niepodległości": jest to obrona własnego bytu w obecnej,
"sowieckiej" - bez przesady powiedziawszy biorąc pod uwagę genezę, postaci. Przypatrzmy się bliżej resortowi
spraw zagranicznych...

Popularny pogląd głosi, że jedyną zupełnie nie niezreformowaną instytucją w Polsce po 1989 r. są Wojskowe
Służby Informacyjne (WSI). I jest to prawda; Rzeczypospolita - choć mogła - nie podjęła najmniejszych prób reform
tej instytucji pozostawiając ją na pastwę oficerów, kierownictwa wykształconego/wyszkolonego w Moskwie - wg
potrzeb sowieckiego imperium. Gdy jednak się przypatrzeć bliżej tej instytucji, to okazuje się, że bardzo poważną
domeną WSI a szerzej postpeerelowskich służb specjalnych w III RP pozostaje Ministerstwo Spraw Zagranicznych
(MSZ). Do konstatacji tej dojść można już poprzez analizę dostępnych na przestrzeni ostatnich 16 lat informacji
medialnych, które znajdują potwierdzenie w dokumentach wytworzonych przez same służby specjalne.

Co to znaczy "domena" i jak należy właściwie rozumieć to określenie? Otóż WSI miast być podobnie jak pozostałe
służby specjalne organizacjami służebnymi wobec sfery realizacji polskiej polityki zagranicznej, otóż WSI jest w
przeważającej większości przypadków elementem kierowniczym, sprawczym, zarządzającym polską polityką
zagraniczną. Jest to efekt zaniedbań, zaniechań i braku woli politycznej ze strony poszczególnych rządów i
parlamentów w krótkiej historii III RP. Jest to także efekt świadomej manipulacji ze strony peerelowskich służb, które
"w procesie transformacji" - jak to się szumnie mówi, same uległy transformacji, by rządzić z ukrycia, zapominając o
elementarnym obowiązku lojalności wobec deklaratywnie demokratycznego, praworządnego i niepodległego
Państwa Polskiego.

MSZ realizuje "z definicji" politykę zagraniczną Polski. Czy może, czy potrafi ten ważny resort realizować politykę
rzeczywiście suwerenną, jeśli jest poddany przemożnym wpływom instytucji wykształconej przed 1989 r., nie
poddanej gruntownej zmianie? Czesi wnet po swojej "aksamitnej rewolucji" i powstaniu demokratycznej Republiki
Czeskiej na początku lat 90. stworzyli od zera zarówno swoją służbę spraw zagranicznych, jak i służby specjalne. Od
zera, tzn. dokonując całkowitej wymiany kadr obu tych ważnych sfer działania państwa, których podstawowym
obowiązkiem jest zapewnienie Republice Czeskiej bezpieczeństwa w jego najwyższej formie - suwerenności
państwowej. Owszem zapłacili, tak się złożyło, za to wysoką cenę, któryś z oficerów pozostawił w praskim pubie
ważny laptop z ważnymi danymi (zdarzyło się to w l. 90. również tradycyjnym, konserwatywnym i wysoce
ustabilizowanym w każdej niemal dziedzinie Brytyjczykom!), ale dziś w Czechach już mało kto o tym pamięta.
Wyprzedzili nas Bracia Czesi - bagatela - o kilkanaście lat!

Nasz MSZ jest zaprojektowany wg wzorców z Moskwy, możnaby powiedzieć śmiało "sowieckich", przez ludzi
"sowieckich" i składa się w przeważającej liczbie kadr decyzyjnych w tym resorcie z pracowników, nie tylko
ukształtowanych przez "sowiecką" mentalność, ale - dokładnie - wyszkolonych w Moskwie.

Nie trzeba o tym wiele się rozwodzić - takie są fakty - ale jest to b. poważna grupa absolwentów MGiMO, która w
liczbie nie kilkunastu ale kilkudziesięciu osób zajmuje kierownicze stanowiska w dyplomacji polskiej. Kamuflują się
jak mogą, np. do nie tak dawna dyrektor (ds. Unii Europejskiej) przez wiele lat p. Paweł Świeboda, mimo, że
skończył studia w Moskwie, opowiada o sobie szeroko, że skończył studia... w Londynie. Mianowany w b. młodym
wieku przez ministra Cimoszewicza ambasadorem tytularnym (ambasador ad personam), choć nie był na żadnej
placówce nigdy ambasadorem, wywołuje zdumienie w europejskim korpusie dyplomatycznym (we Włoszech np.
ambasadorami tytularnymi zostają niektórzy starzy dyplomaci po wielu dziesiątkach lat służby; w polskim MSZ jest
"tytularnych" - mania grandiosa - kilkudziesięciu!) Obecnie p. Świeboda odszedł do "niezależnej" fundacji i czeka na
upadek rządu.

Chciałbym jednak zwrócić tu pokrótce uwagę - przykładowo - na inne jeszcze aspekty "pochodzeniowe" kadr
współczesnej polskiej dyplomacji. Są to:

Dzieci peerelowskich dyplomatów na najwyższych stanowiskach w służbie III RP. Przykładem jest p. ambasador
Bogusław Majewski, obecny ambasador RP w Singapurze, poprzednio kilkakrotny rzecznik MSZ. Ojciec: Jan
Majewski, "oficer Sztabu Generalnego" za czasów PRL w l. 1952-1969, był wiceministrem (podsekretarzem stanu) w
latach przejściowych "od jednej formacji społeczno-politycznej do drugiej", w latach "przełomu" 1985-1992 [tak, tak,
1989 r. był dla niego tylko samym środkiem sprawowania urzędu]; a potem wyjechał jeszcze na ambasadora RP do
Pakistanu. "Kronikarz" MSZ w "transformacji" Tadeusz Kosobudzki (pseudonim, prawdopodobne nazwisko:
Kacpura, długoletni pracownik MSZ w PRL, "specjalista od Polonii") w swoich książkach podaje, że "...inspirował
dziennikarzy do pisania, że właśnie on jako wiceminister zahamował napływ do MSZ pracowników służb specjalnych,
mimo, że publicznie wiadomo było, że jest oficerem WSW [na "odcinku dyplomatycznym"] w stopniu pułkownika".
(WSW było poprzednikiem WSI) A BYLO AKURAT ODWROTNIE! Czemu p. Kosobudzki (też zapewne oficer służb)
to napisał - nie wiem, być może chodzi o rywalizacje, zazdrość, etc. ale godzi się przypomnieć, że Jerzy Giedroyc w
liście do RZECZONEGO Kosobudzkiego, niewątpliwego krypto-komunisty napisał: "Miałem już Pana poprzednią
książkę i obie mnie niezmiernie zainteresowały. Jest to bowiem pierwsza obiektywna analiza aparatu MSZ" (sic!)
Tytułem uzupełnienia curriculum vitae syna owego generała-wiceministra, obecnego p. ambasadora Bogusława
Majewskiego, nie od rzeczy będzie wspomnieć, że na początku kariery, w szarych latach 80. zaczął on
"dyrektorować" w Telewizji Polskiej, w wieku - bodaj - 21 lat (mogę się mylić o rok!)

Pewna odmianą "pochodzeniową" najwyższych eszelonów kadr współczesnej polskiej dyplomacji jest przypadek
piastujących najwyższe stanowiska a wywodzących się z rodzin... dyktatorów Polski. By nie być tu gołosłownym,
przywołam przypadek p. ambasadora Górskiego, kilka lat temu ambasadora w Rzymie a do nie tak dawna w
Atenach, o którym "wieść gminna" w MSZ niesie, że jest w prostej linii potomkiem samego Bolesława Bieruta. W
jakim stosunku pozostaje do p. Górskiego obecna p. ambasador w Madrycie, była wiceminister Bernatowicz, nie
pamiętam (ale b. bliskim!), dość że powiem, iż przed 1990 r., gdy ktoś w MSZ nieopatrznie zatytułował ją "p.
Bernatowicz", niezmiennie poprawiała groźnie wykrzykując: "Bierut-Bernatowicz!" Powiadam przed 1990 r., nie
przed 1989 r. - bo pani ta nie mogła uwierzyć w zmiany, choć okazało się szybko, że III RP przyniesie jej i innym
osobom tego pokroju, nic, tylko najwyższe zaszczyty. Ambasador jest w obcym państwie reprezentantem Głowy
Państwa. Tego (o "Bierutowiczach") oczywiście p. "Kosobudzki" nie pisze, ale wystarczy przejść się korytarzami
MSZ. Aż huczy od lat i wielu tam się dziwi, że to jeszcze się nie kończy. Pani Bernatowicz, b. wiceminister SZ za
Buzka, podobnie jak p. Górski, b. wiceminister ON, a za PRL długoletni korespondent "Trybuny Ludu" w Rzymie,
zawdzięczają swoje profesjonalne powodzenie koneksjom, które wciąż, albo do nie tak dawna, liczyły się
niezmiernie. Niemal w ciemno można powiedzieć, że byli oni w III RP pod parasolem służb, przede wszystkim WSI.
Oto znakomity przykład na ciągłość elit PRL-III RP, wynikający li tylko z naszego zaniedbania. Jestem zdecydowanie
przeciwny zasadzie odpowiedzialności zbiorowej, to nie syn, córka, najbliższa rodzina odpowiada za grzechy, czy
zbrodnie ojca. Ale na pewno praca korespondenta w głównym organie prasowym dyktatury i w komunistycznym
MSZ nie powinna być dobrą rekomendacją do zajmowania najwyższych stanowisk w naszej, przeciez natowskiej i
europejskiej, dyplomacji. Czyż nie?

Przykłady dzieci reprezentantów stalinowskich elit możnaby mnożyć; choćby np. p. Małgorzata Lavergne (Lavern),
córka generała (i ambasadora) Wiktora Grosza, prominentnego członka Komunistycznej Partii Polski, organizacji
zajmującej się w Dwudziestoleciu Międzywojennym - głownie wywiadem wojskowym na rzecz Związku Sowieckiego.
Pani Lavergne była w l. 90. dyrektorem MSZ od promocji Polski w świecie (może stąd te kolosalne zaniedbania w tej
dziedzinie?) Dzieci i potomków KPP-owców jest w MSZ całkiem sporo, nieproporcjonalnie dużo, jeśli brać pod
uwagę skromną liczebność tej marginalnej organizacji (kilka tysięcy osob w kilkudziesieciomilionowym
spoleczeństwie). Swoje kariery ojcowie i dzieci zawdzięczają wyłącznie sowieckim czołgom z 1944. Żadnym innym
czynnikom.

Na uwagę zasługują też dzieci generałów (ew. niektórych pułkowników) z PRL-u, o których już mówiliśmy, na
przykładzie p. Bogusława Majewskiego, obecnego ambasadora w Singapurze. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że
ojciec p. konsula generalnego RP w Malmoe, Gerarda Pokruszynskiego, poprzednio w l. 90 konsula w Mediolanie -
wyższe studia wojskowe odbył w l. 60. w Leningradzie. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że p. Pokruszyński był
uważany np. za rządów premiera Jerzego Buzka, za reprezentanta "prawicy MSZ-towskiej", i rychło został "wzięty"
na wysokie stanowisko dyrektorskie ds. międzynarodowych w Kancelarii Premiera.

Do niedawna, w rządzie premiera Marcinkiewicza nie analogiczne ale wyższe, bo ministerialne stanowisko piastował
osławiony p. Ryszard Schnepf (uporczywy lobbying na rzecz: 1. roszczeniowych organizacji żydowskich, 2.
partycypacji Polski w rosyjsko-niemieckim projekcie "Rurociągu Północnego" /Bałtyckiego/), także (niejako
widocznie etatowy "reprezentant prawicy"), b. ambasador w Urugwaju i następnie w Kostaryce, znany z rozlicznych
skandali obyczajowych i finansowych, którego ojciec płk. Maksymilian Schnepf (kawaler Virtuti Militarii /?/), jak
wynika z najnowszych ustaleń IPN brał udział w 1945 r. wraz wydzielonym oddziałem specjalnym w przeprowadzone
przez siły sowieckie (45 tys. żołnierzy) "operacji augustowskiej", w rezultacie której ponad 700 mieszkańców Ziemi
Augustowskiej nie tylko nigdy nie odnaleziono wśród żywych, ale także nigdy nie znaleziono ich ciał (wg informacji
Urzędu ds. Kombatantów)

Przykłady te można mnożyć bez liku. Wskazują one na b. silny wpływ, wielopokoleniowy - środowiska związanego z
sowieckimi (a obecnie rosyjskimi) służbami specjalnymi, sowieckiej proweniencji, wpływ trwający już nieprzerwanie
dziesiątki lat. Chciałoby się rzec: niezależnie od ustroju. Oto specyfika kadrowa współczesnego MSZ, kapepowska,
generalska, zależna od czynników zagranicznych, w pierwszym rzędzie ze Wschodu. Powyższe przykłady są dość
powszechnie znane w gmachu na Szucha; są - jak to się mówi - tajemnicą Poliszynela. Kto więc jest obecnie
naszym reprezentantem na Tajwanie ? (odpowiednikiem ambasadora, nie używającym jednak tego tytułu, ponieważ
nie utrzymujemy stosunków dyplomatycznych z Tajwanem, tylko handlowe, kulturalne, itp.) Otóż wybrańcem polskim
jest p. Wsiewołod Strażewski, syn generała Strażewskiego, który na czele Ludowego Wojska Polskiego, w służbie
Sowietów i dla Sowietów tłumił Powstanie Poznańskie w 1956 roku! Czy Rzeczpospolitej nie stać na lepszego
reprezentanta, niż ten dyplomata ze skansenu PRL, poprzednio zastępca ambasadora (Szumskiego, także
zapewne z WSI) w Pekinie i Dżakarcie? Tym bardziej, że p. Strażewski (nie tak jak wielu Rosjan) nie ma tęgiej głowy
i ciągle są z tego powodu skandale w kolejnych państwach.

Gdyby sądzić z pobieżnej obserwacji, to mogłoby się wydawać, że domeną służb specjalnych w MSZ są
departamenty ("biura") ds. łączności (co jest poniekąd naturalne, ze względu na konieczność zabezpieczenia
kontrwywiadowczego) i - w świetle tego co wykazałem powyżej - departament personalny (obecnie pod nazwą:
Biura Kadr i Szkolenia). Jest jednak inaczej; w potężnym liczbowo Departamencie Konsularnym są całe wydziały
złożone w 100% z pracowników/oficerów delegowanych z instytucji służb specjalnych. Najwyższe władze dla
pracowników w MSZ - w postaci dyrektorów generalnych MSZ - tak było dotąd, reprezentują w/w służby. Długoletni
dyrektor generalny MSZ za rządów SLD, Zbigniew Matuszewski (przed ubiegłorocznymi wyborami parlamentarnymi
mianowany ambasadorem w Londynie, obecnie odwołany) jest pułkownikiem WSI. Matuszewski odgraża się
obecnie - czy kto go chce słuchać, czy nie, że "on jeszcze powróci".

Ważne w tym środowisku są także koneksje klanowo-rodzinne; jego kilkumiesięczny następca, który nie zdążył
wyjechać na ambasadora do Indii, Krzysztof Jakubowski jest szwagrem osławionej minister Jakubowskiej ("...i
czasopisma"). O ideowości i honorze podobnych jak Jakubowski person ("non grata" - chciałoby się rzec!) w MSZ
zaświadcza literatura pamfletowa wyrosła z czasów PRL. Cytowany już przeze mnie "Kosobudzki" pisze z
oburzeniem, a przy tym zabawnie o późniejszym dyrektorze generalnym Jakubowskim (pierwszy raz został dyr. gen.
w kwietniu 1995 r.): "W czasie pobytu na tej placówce [w Londynie w l. 1989-1993] publicznie głosił, że do partii
został zaciągnięty na siłę i był w niej pod przymusem, pełniąc m.in. funkcje sekretarza komitetu zakładowego PZPR
w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Obrzydliwe odcinanie się od swojej przeszłości partyjnej miało swój cel i
służyło określonym przedsięwzięciom. Ciekawe jest tylko, czy ci, którzy słuchali opowieści o przymusowym
członkostwie w PZPR dawali temu wiarę. Losy zawodowe K. Jakubowskiego w nowym ustroju świadczą, że chyba
tak. Jest podobno przyjacielem prezydenta A. Kwaśniewskiego". [pisane w 1997 r.] Dobrze jest potrafić być
przyjacielem wszystkich: za Skubiszewskiego, Jakubowski był jego wicedyrektorem gabinetu, za pierwszej kadencji
Bartoszewskiego, nim został dyrektorem generalnym Jakubowski był już dyrektorem gabinetu ministra. Niewątpliwie
wybór tych ministrów, gdy chodzi o najbliższych współpracowników (a takimi są dyrektorzy/wicedyrektorzy gabinetu)
świadczy nieco o ich preferencjach, w tym preferencjach politycznych i moralnych (Władysław Bartoszewski: "Warto
być przyzwoitym". Otóż uważamy, że rzeczywiście warto, a nie tylko frazesami wycierać sobie usta!)

Potoczny osąd dziennikarski mówi, że w l. 90. przeprowadzano próby reform MSZ. Nie analizując szczegółowo tutaj
tych "rozlicznych prób", należałoby powiedzieć, że zmieniono tak wiele, aby - w istocie nic nie zmienić. Nepotyzm,
brak "ścieżki kariery" dla pracowników, brak możliwości jakiegokolwiek awansu przez lata, brak możliwości wyjazdu
na placówkę przez lata dla wielu, koteryjność uwarunkowana układami, nie tylko wynikającymi z dominacji
zatrudniania w MSZ w ok. 70% pracowników i współpracowników tajnych służb, ale także dominacją polityczną
formacji eseldowsko-unickiej, niskie bezideowe morale, wszystko to wprowadziło MSZ w stan permanentnego
kryzysu personalnego, z którego - jak się wydaje - nie ma już wyjścia. Jest to świat oderwany od życia współczesnej
Polski, poddany bezmyślnej urawniłowce dyktatu "Gazety Wyborczej", świat - w istocie bankrutów ideowych. Ideą fix
poważnej części kadr MSZ jest "zgodność z normami europejskimi" i pełna kapitulacja wobec nagiej siły w
stosunkach międzynarodowych [typu Niemcy-Rosja]. W tym stanie rzeczy łatwo jest rozgrywać karty bankrutom
realnego socjalizmu, którzy autentycznie przecież na początku l. 90. gotowi byli oddać władze. Ponieważ dla
zewnętrznego świata, gmach na Szucha to inny świat (a właściwie dwa, bo jest jeszcze "szpiegowiec", za który MSZ
przepłaciło ze 20-30 mln. złotych więcej, niż wynosi jego wartość rynkowa; do zbadania kto zarobił?; a nie obyło się
bez wiedzy służb!), opinia publiczna jest odizolowana od tego nierealnego dla niej świata. A szkoda, bo tylko realna
kontrola zapobiegłaby nadużyciom, w tym finansowym. Oto przykład, pierwszy z brzegu, jak domena służb, w tym
WSI może być dojną krową dla... niewątpliwie części kierownictwa i MSZ i służb specjalnych. Za utopienie w
ostatnich latach dziesiątek milionów złotych w budowę gmachu ambasady RP w Berlinie odpowiedzialni są
ambasadorzy: w Rzymie Michał Radlicki (był wówczas dyrektorem generalnym) i b. ambasador w Bernie (obecnie
po raz kolejny dyrektor) - Jerzy Margański. Panowie ci bezustannie awansowali w swej karierze. Czy nie jest to
ewidentny przykład rozpięcia nad nimi parasola ochronnego określonych instytucji, bo przecież nie można w to
uwierzyć, że same łaskawe oko ministra Geremka wystarczy, aby chronić nieudaczników, przez których działania
podatnik stracił dziesiątki milionów złotych. Jak opowiadali sobie, zwykle dosyć zorientowani kierowcy rządowi, tylko
w 1999/2000 r. p. Margański rozbił 6 służbowych samochodów, nadto został przyłapany przez policje berlińską w
niedwuznacznej sytuacji z pewna kobietą na berlińskim ringu - wszystko bez jakichkolwiek dalszych konsekwencji.
Czy można to wytłumaczyć inaczej, niż b. wysoką przydatnością delikwenta dla określonych struktur (być może
nawet i obcych?)

Jest to znakomite potwierdzenie tezy prof. Andrzeja Zybertowicza, który głosi, że system sprawowania rządów w
Polsce, w warunkach dość "fasadowej" demokracji i nieskutecznej kontroli publicznej opiera się bezwarunkowo na
omnipotencji "haków" na wszystkich szczeblach władzy. "Gospodarzem" tych "haków" są służby specjalne, a
wymarzonym terenem, jednym z najbardziej idealnych do ich urzeczywistniania na zasadzie "kija i marchewki" jest
właśnie MSZ, ze swym potencjałem nagród dla "spolegliwych" (prestiż i ponadprzeciętne pieniądze, szczególnie dla
kadry dyrektorskiej. W skrajnych przypadkach pomiędzy młodym adeptem dyplomacji a jej weteranem, różnice w
dochodach mogą być kilkunastokrotne!) Przy braku racjonalnie określonej ścieżki kariery w MSZ (wszystko w
dziedzinie awansów jest "po uważaniu", jak za cara!), "karuzelą stanowisk" w MSZ zawiadują rezydenci służb
specjalnych, uzgadniając ewentualne parytety pomiędzy służbami wojskowymi i cywilnymi.

Służby specjalne (przede wszystkim WSI) są wreszcie w oparciu o MSZ autorami znaczących afer o charakterze
międzynarodowym (np. handel bronią, działka w Zairze, itp.), gdzie resort służy za przykrywkę do ciemnych
interesów, które w rezultacie szkodzą Polsce, m.in. utratą prestiżu.

O istnieniu określonej tradycji w MSZ świadczy fakt, że w pierwszych latach transformacji niekwestionowanym
autorytetem, o którym pisze Henryk Piecuch (b. płk. Straży Granicznej w PRL) w swoich książkach o szeroko pojętej
bezpiece, niekwestionowanym autorytetem dla "łączności" w MSZ, szczególnie dla kierownictwa "łączności" był b.
dyrektor tejże "łączności", emeryt, b. ambasador w l. 60. w Danii Henryk Wendrowski (vel Wędrowski). Ten b.
akowiec-renegat wsławił się w bezpieczniackich kręgach rozpracowywaniem, podczas skomplikowanych gier
operacyjnych ówczesnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w końcu l. 40 i na początku 50., organizacji
patriotycznej WiN (Wolność i Niezawisłość) i jej poszczególnych Komend. Gdy umarł w 1996 r. wnętrza gmachu na
Szucha (głownie licznie odwiedzane miejsca przy windach) "oblepione" były przez pełne 2 miesiące klepsydrami na
cześć "ś.p." zmarłego. I nikt - żaden minister, czy b. minister, czy wiceministrowie zachwyceni tak Unią Wolności nie
zwrócili uwagi, że to może nie wypada, bo umarł jeden z katów polskiego dążenia do Niepodległości. Signum
temporis. Zapewne im do głowy nie przyszło w MSZ-cie, w którym ówczesny wiceminister Eugeniusz Wyzner
zaczynał swą karierę w 1952 r., że takie klepsydry to potwarz dla tych, których MSZ reprezentuje w świecie.
Rozwiązanie WSI przyczyni się do wykorzenienia bardzo złej tradycji z MSZ.

Próbując lapidarnie zdefiniować istotę MSZ odziedziczonego po kilkunastu latach "transformacji" - można ową istotę
określić prosto jako brak społecznej kontroli nad wspólnym dobrem, jakim winno wreszcie być dla obywatelskiej
Polski Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP.