26 X 2007                 Horyzonty UE-„bałkanizacja” Europy?


Marsz przeciw islamizacji Europy zaplanowany w Brukseli na jedenastego września br., był jedyną polityczną
demonstracją we współczesnej historii zakazaną przez jej burmistrza Freddiego Thielemansa. Łamiący zakaz
demonstranci zostali brutalnie zaatakowani przez policję.  Większość demonstrantów stanowili Flamandowie, podczas
gdy policjanci reprezentowali walońską grupę etniczną. Spowodowało to zaostrzenie tarć pomiędzy tymi wspólnotami
do poziomu na którym flamandzcy politycy otwarcie zaproponowali podział kraju.

Belgia została „założona” jako sztuczny twór państwowy w roku 1831 przez Brytyjczyków po rebelii Walonów w
południowych Niderlandach.  Francuskojęzyczni Walonowie i używający języka holenderskiego Flamandowie, byli od
tego momentu rządzeni przez niemiecką dynastię spokrewnioną z brytyjską rodziną królewską.  

Współżycie obu grup etnicznych nigdy nie było łatwe.  Flamandowie stanowią około 60% populacji produkując 70%
dochodu narodowego, podczas gdy Walonowie 30%, konsumując porzez subsydia i pomoc społeczną jego 60%.   
Kość niezgody stanowi również fakt częstych sojuszy Wolonów z muzułmańskimi emigrantami.

Belgia nie jest jedynym krajem mającym problemy etniczne. Hiszpania boryka się z Baskami i Katalończykami
domagającymi się większej autonomii politycznej, kulturalnej i językowej.  W Wielkiej Brytanii Tony Blair ustanowił
parlamenty krajowe w Szkocji, Walii i Północnej Irlandii; jednakowoż Anglia nie ma „własnego” parlamentu.  Ten w
Westminister skupia członków z całego Zjednoczonego Królestwa.  Oznacza to, że exemplum szkoccy
parlamentarzyści mają wpływ na sprawy Anglii, ale nie vice versa.  Szkockie lobby niepodległościowe coraz bardziej
irytuje Anglików. Sytuacja ta przypomina Serbię z 1987 roku, kiedy to Slobodan Milosevič doszedł do władzy na fali
niezadowolenia z konstytucji dającej Vojivodinie i Kosowu wpływ na sprawy serbskie czyniąc je jednocześnie prawie
niezależnymi od Belgradu.

Dodatkowym problemem politycznym UE może stać się pewne zbliżenie Francji pod rządami Nikolasa Sarkozy’ego ze
Stanami Zjednoczonymi.

Od momentu gdy w 1951 roku ustanowiono Wspólnotę Węgla i Stali, Europa Zachodnia opierała się na osi
frankogermańskiej.  Obecnie te relacje uległy lekkiemu ochłodzeniu, czemu dał między innymi wyraz tygodnik Der
Spiegiel, nazywając francuskiego prezydenta „hyperaktywnym”, który „do delikatnych stosunków dwustronnych
podchodzi z finezją królika na baterie”.

Sama Francja boryka się dodatkowo z coraz większymi problemami ekonomicznymi.  Podczas wizyty na Korsyce,
francuski premier Francois Fillon, w odpowiedzi na żądania farmerów w sprawie subsydiów, stwierdził że Francja od
ćwierćwiecza nie miała zbilansowanego budżetu, a planowany deficyt na rok 2008 wynosi 41,5 miliardów Euro.  
„Kieruję państwem znajdującym się w stanie bankrupcji” dodał.

Pochodzący z Bośni amerykański politolog Nebojsa Malič w swoim artykule pt. Brussels’ End, porównuje sytucaję w
Belgii i innych krajach UE do stanu Jugosławi w początku lat 90-tych.

We wspomnianym artykule Malič pisze:
Europa załamuje się przygniatana niewydolnym systemem opieki społeczej i
subsydiów, kulturowym Marksizmem, upadkiem tradycyjnej kultury i zalewem muzułmańskich emigrantów.  Wraz z
powolną agonią starych organizmów państwowych takich jak Wielka Brytania, czy Francja, grupy uznające swą
odrębność zaczynają dążyć do niepodległości. Flamandowie, Baskowie, Katalończycy, Korsykanie, Szkoci, to tylko
przykłady całej tej europejskiej mozaiki.  Jeżeli Waszyngton stworzy dodatkowo precedens w postaci uznania
niepodległości Kosowa, przekroczony zostanie próg, za którym separatyzm ze spekulacji stanie się
rzeczywistością.  Można założyć wiele scenariuszy takiej transformacji, ale dwa są najprawdopodobniejsze. Pierwszy
to „sowietyzacja” EU, w której nowo utworzone państwa pozostaną w jej strukturach, jak „republiki” w Sowietach i
zarządzane będą przez brulselską biurokrację aż do ostatecznego rozpadu na wzór ZSRR.  Drugi polegający na
całkowitym i natychmiastowym rozpadzie może okazać się bardziej burzliwy.  Natomiast wszelkie próby utrzymania
Unii siłą mogą doprowadzić tylko do rozlewu krwi.

Z punktu widzenia polskiej racji stanu, im szybciej progozowane zjawiska nastąpią tym lepiej.  Na krajowej scenie
politycznej brakuje charyzmatycznego patriotycznego przywódcy rangi Dmowskiego, czy Piłsudskiego.  Nie ma też
patriotycznej „masy krytycznej” w społeczeństwie zdolnej do zainicjowania przemian.

A każdy kolejny dzień pozostawania w Unii dopisuje, do gigantycznego już rachunku, nowe straty w zakresie
gospodarczym, demograficznym, politycznym, kulturalnym i moralnym.

Za ironię losu można uznać fakt, że Polacy tylokrotnie w historii podejmujący szaleńcze i często szkodliwe akcje w
postaci powstań e.g. Listopodowego, Styczniowego, czy Warszawskiego, w chwili gdy bez większych kosztów można
odzyskać autentyczną niepodległość zachowują się jak niewolnicy moszcząc sobie legowisko w czworakach
europejskiego folwarku.