14 III 2007                                     Globalizm a Ekologia

Niedawno temu pewien znajomy amerykanin, właściciel hurtowni  „środków czystości”, opowiedział mi anegdotyczne,
ale jak twierdził, prawdziwe zdarzenie.

Otóż pewnego dnia zgłosił się do niego zdesperowany wynalazca, któremu udało się skonstruować nowy typ... miotły.  
Zaletą tej nowej konstrukcji była jej niezwykła trwałość i bardzo niski  koszt produkcji.  Konstruktor ten mając
zakodowany w głowie tzw. „american dream” (zdolności i pracowitość zawiedzie każdego od pucybuta do milionera),
tryskając optymizmem skontaktował się ze wszystkimi dystrybutorami takich wyrobów w USA.  Ku swemu całkowitemu
zaskoczeniu spotkał się wszędzie z odmownym przyjęciem.  W odpowiedzi na dodatkowe monity jeden ze
wspomnianych dystrybutorów odpowiedział mu grzecznie, że jego firma jest zainteresowana w tzw. „repeated sales”
(wielokrotnej sprzedaży wyrobów) wobec czego trwałość jego konstrukcji nie jest pożądana.

Powyższa historia ilustruje dobrze ogólne trendy globalnej gospodarki, kierujące ją w stronę możliwie najtańszej
masowej produkcji.  Gdyby wspomniany wynalazca stworzył konstrukcję tak tanią, że wykonywana, powiedzmy w
Bangladeszu, kosztowała by przysłowiową złotówkę, wtedy warto by w taki wynalazek zainwestować.  Jednakże tylko
wtedy gdyby  rozlatywała się ona po jednorazowym użyciu. Watro by wtedy rozpocząć masową produkcję i handlować
nią w pęczkach np.po tuzinie.  Taka jest bowiem obecnie „filozofia” przemysłu i handlu.  O ile w XIX i XX wieku,
producent (nawet ten „krwiopijca”) szczycił się trwałością, estetyką i funkcjonalnością wyrobu, bez względu czy była to
miotła, płaszcz, serwis stołowy, czy odbiornik radiowy; o tyle teraz znaczenie ma tylko ilość i cena.

Szczególnie Stany Zjednoczone przodują  w tej „filozofii”, a sami amerykanie określają się jako „throw-away-society”.  
Zamiast zastawy porcelanowej i srebrnych sztućców, na przyjęciach (przynajmniej  amerykańskich) serwuje się
nafeszerowane chemikaliami pożywienie, na ordynarnych tekturowych talerzach „made-in-China” w zestawieniu z
podobnymi, łamiącymi się w użyciu plastykowymi widelcami.

Za „przodującym państwem świata” podążają również pozostałe gospodarki dostosowując się do jego wymogów.  Taka
„filozofia” ma oczywisty negatywny wpływ na kulturę i to nie tylko tą „podstawową” konsumpcyjną.  Ma też negatywny
wpływ na inne dziedziny życia.  W przypadku Polski spowodowała ona między innymi upadek przemysłu lekkiego,
produkującego tradycyjnie (nawet w dobie PRLu) wysokiej jakości wyroby rzemieślnicze, szkło i ceramikę, odzież itp.,
zwiększając dodatkowo bezrobocie.  W zamian rynek nasz został zalany chińskim śmieciem, mającym zastąpić
skasowane krajowe asortymenty.  Zastanawiające jest to, że w rzekomo „globalnym wolnym runku”, decyzje co należy
produkować i oferować w handlu, podejmuje grupka najbardziej wpływowych finansistów, bez oglądania się na opinię
konsumentów.  Wielu ludzi ciągle jeszacze ceni jakość, estetykę, a przedewszystkim trwałość wyrobów i byłaby gotowa
ponieść nawet znacząco wyższe koszta w celu ich uzyskania.  Niestety w większości wypadków jest to poprostu
nieosiągalne.  Sam mam wiele takich osobistych doświadczeń i to zarówno ze Stanów Zjednoczonych, Polski jak i
innych krajów.  

Na dodatek wielu konsumentów myli zwykle poziom techniczny wyrobu i związaną z nim niezawodność z jakością.
Dobrze ilustruje to przykład wyrobów przemysłu samochodowego w południowej Kalifornii.  Ciepły i suchy klimat
stymuluje rozwój kolekcjonerstwa antycznych automobili.  W słoneczne weekendy można oglądać na
południowokalifornijskich drogach setki, często prawie stuletnich „staruszków” poruszających się z dystynkcją za
pomocą swoich oryginalnych silników i zespołów napędowych.  

Jeżeli chodzi natomiast o estetykę wyrobów, to nie ma chyba ona już większego znaczenia w sytuacji, gdy drugie już
pokolenie dzieci wychowuje się na takim wzorcu estetycznym jakim jest sławna lalka Barbie.

Najbardziej negatywny wpływ takiej gospodarki odnosi się jednak do środowiska i zasobów naturalnych naszego
globu.  Zasoby te w błyskawicznym tempie przerabiane są na energię potrzebną do funkcjonowania gospodarki, której
z kolei zadaniem jest produkcja różnego rodzaju, najczęściej krótkiego lub wręcz jednorazowego użytku wyrobów
mających zaspokoić rozbudzone apetyty konsumpcyjne miliardów klientów i bezgraniczną zachłanność „finansowych
elit”.

Na domiar złego, produkcja ta odbywa się najczęściej w krajach takich jak Chiny czy Indie, gdzie kosztowne
wymagania ekologiczne są rutynowo ignorowane, co dodatkowo potania proces wytwarzania a zarazem degraduje
środowisko.  Sztandarowym przykładem może tu być globalny zakaz stosowania tzw. CFCs (Chloro Fluoro Carbons),
który według powszechnej opinii nie jest w Chinach egzekwowany.

Wygląda więc na to, że XXI wiek będzie można uznać za okres rozkwitu gobalnych procesów produkcyjnych, których
jedynym trwałym rezultatem będzie przetworzenie zasobów naturalnych Matki Ziemi na śmieci i zanieczyszczenia.  No
cóż, starożytni Chińczycy pozostawili po sobie Wielki Mur, Egipcjanie Piramidy, Rzymianie Akwedukty, a „postępowi
gobaliści” śmiecie.

Ignacy Nowopolski