18 XI 2007                          Demokracja czy plutokracja?

Ostatnio ukazał się ciekawy artykuł JOELA S. HIRSCHHORNA (www.delusionaldemocracy.com) pt. The Grand Delusion
.  Joel S. Hirschhorn jest autorem Delusional Democracy -- Fixing the Republic Without Overthrowing the Government
. W swej politycznej karierze zajmował on wysokie stanowiska w
Congressional Office of Technology Assessment oraz
National Governors Association.
Jego ocena amerykańskiej demokracji może być interesująca dla polskiego czytelnika ze względu na daleko idące
podobieństwa w działaniu zachodnich „demokracji parlamentarnych”, zarówno w systemach dwu jak i wielopartyjnych.
Hirschhorn pisze:
Niekończąca się kosztowna wojna w Iraku i pogarszająca się sytuacja ekonomiczna skłaniają wielu
Amerykanów do opinii, że wybór demokraty w nadchodzących wyborach pomoże we wprowadzeniu kraju na
prawidłowy kurs. Keith Olbermann był chwalony za śmiałe określenie prezydentury Busha mianem kryminalnej
konspiracji.  W stwierdzeniu tym brakuje jednak szerszej prawdy, że  cały dwupartyjny system jest takową
konspiracją zakamuflowaną za złudną fasadą. Praktycznie każde działanie Busha za które jest potępiany, mogłoby
być zapobieżone przez opozyjcę Demokratów. Zresztą sam Bush przejął władzę z rąk skorumpowanych członków tej
partii. Przyczyną paraliżu autentycznej demokracji jest to, że gdy jedna z partii używa swej władzy w szkodliwy
sposób, stwarza automatyczne warunki do jej przejęcia przez tą drugą, bedącą z pierwszą w spisku. I tak na
przemian.  Większość Amerykanów wydaje się niezdolna do zrozumienia tej prostej prawdy i jej mechanizmu
napędowego mającego swe  źródło w plutokratycznej kabale.  Poprzez przykuwanie elektoratu do podniecającego
zajęcia usuwania od władzy jednego zespołu na korzyść drugiego, osiąga ona swój cel jakim jest władza i
jednoczesne pozostawanie w cieniu. Geniuszem plutokratów jest umiejętność tworzenia iluzji na temat istotnych
różnic pomiędzy partiami, a tym samym autentycznego wyboru podczas elekcji.  W rzeczywistości obie partie
współzawodniczą jedynie powierzchownie i nieuczciwie w celu zadowolenia wyborców i utrzymania aury demokracji.  
Prawdziwi władcy potrzebują zmian ekip rządzących w celu podtrzymania mitu prawidłowego funkcjonowania systemu
demokratycznego. W ten sposób wyborcy zostają mimo woli współkonspiratorami w wielkiej politycznej mistyfikacji.  
Głosują na „mniejsze zło”, zamiast odważnie działać w celu zmiany systemu.
Taki właśnie stereotyp myślenia, po 1989 roku zaowocował w Polsce tzw. IIIRP, zamiast Wolną i Niepodległą Ojczyzną.  
Wmawiano społeczeństwu, że każde większe odchylenie od „normy” jaką jest uległość wobec „nieuniknionych”
procesów globalizacji, likwidacji państw i gospodarek narodowych; jest godnym potępienia i tępienia dowodem
ciemnoty i zacofania.
Ostatnia próba odzyskania przez społeczeństwo kontroli nad własnym losem, została w momencie rokującym jej
powodzenie unicestwiona za pomocą „kryzysu koalicyjnego”, którego efektem było przekazanie pełni władzy unijnej
(niemieckiej) agenturze.  I tylko słodkim sekretem Panów Kaczyńskich pozostanie wiedza, czy rezultat ten był
spowodowany ich nieroztropnością, czy też może poufną dyrektywą ośrodka zarządzającego.
Wydaje się, że najwyższy już czas by myślący i uczciwi członkowie polskiego społeczeństwa skorzystali z
autentycznych doświadczeń swoich zachodnich „partnerów” i zdali sobie sprawę, że wszelkie próby
usyskania wpływu na losy Narodu przy pomocy „demokracji parlamentarnej” są z góry skazane na
niepowodzenie.
Jakie jest więc wyjście z sytuacji?
Hirschhorn przedstawia rozwiązanie odpowiadające amerykańskiej specyfice:
Proponuję odebranie wiarygodności i
legitymacji politycznej władzom federalnym poprzez bojkot wyborczy. Elektorat powinien głosować jedynie w
Stanowych i lokalnych wyborach.  Jest to jedyna droga pokazania,że Prezydentura i Parlament nie są
reprezentantami Narodu i w związku z tym USA nie są wiarygodną demokracją.

W przypadku Polski warto natomiast poczynić przygotowania do stworzenia systemu samorządowego na modłę
szwajcarską. Rozpoczynając od szczebli lokalnych, samorządowych odbierać krok po kroku władzę z nadania wielkich
partii politycznych będących narzędziem obcych ośrodków decyzyjnych.  Ośrodki te są w stanie skorumpować i zmusić
do uległości całe zastępy zawodowych politykierów, ale nie uda im się manipulować powszechnym oddolnym ruchem.  
Dobitnie wskazuje na to przykład Szwajcarii, gdzie jej własna klasa polityczna już dwukrotnie usiłowała wepchnąć ją w
unijne ramiona, ale zapobiegło temu społeczeństwo dzięki dobrze funkcjonującemu systemowi władzy samorządowej.  
Co prawda stopień ogłupienia i degrengolady polskiego społeczeństwa jest nieporównywalnie większy od
szwajcarskiego, ale wydaje się, że pomimo to istnieje jakaś szansa powodzenia, tym bardziej w sytuacji braku
jakichkolwiek innych sensownych alternatyw.