POLSKA PANORAMA POLSKA PANORAMA POLSKA PANORAMA POLSKA PANORAMA POLSKA PANORAMA POLSKA
|
Polskie Losy
Istotny problem “zawłaszczania” przez stronę niemiecką dzieci w przypadku rozwodu mieszanych polsko-
niemieckich małżeństw poruszono niedawno w programie poznańskiego Telekuriera. Temat ten był już kilkakrotnie
prezentowany w mediach (np. GW). Przykład takich praktyk przedstawiony w Telekurierze dotyka jednak paru
innych wątków wartych analizy.
Zaprezentowano w nim sprawę Polki, która po rozwodzie ze swoim niemieckim mężem, została najpierw
eksmitowana wraz z dziećmi do, jak się wyraziła, komórki, a po jakimś czasie pozbawiona praw rodzicielskich.
Wtedy zdecydowała się na ucieczkę z młodszym synem do Polski. Tu jednak „wykonując decyzję sądu
niemieckiego” odebrano jej dziecko i odesłano do Niemiec. Referująca tę sprawę z niewyraźną miną przed kamerą
Telekuriera przedstawicielka sądu poznańskiego powoływała się na „konwencje haską”, która to jakoby
nakazywała w takich sytuacjach wykonanie decyzji sądu zagranicznego (w tym wypadku niemieckiego) bez
jakiejkolwiek ingerencji polskiego wymiaru sprawiedliwości. Według niej, jedynym odstępstwem od tej procedury
mogłyby być jakieś istotne przesłanki przemawiające przeciw takim działaniom, lub wyraźna deklaracja dziecka, że
pragnie pozostać z tym właśnie rodzicem. Z dalszej części programu można się było dowiedzieć, że eks-mąż tej
kobiety był już poprzednio skazany przez niemiecki sąd prawomocnym wyrokiem za pedofilię, a jej syn wyraził
jednoznaczną chęć pozostania z matką czy to w Polsce czy w Niemczech. Pytana o te okoliczności „pani
przedstawiciel” poznańskiego sądu wyjaśniła z rozbrajającą naiwnością, że oczekiwała od strony niemieckiej
„wzięcia pod uwagę tych okoliczności”. Tak się jednak nie stało, a niemiecki wymiar sprawiedliwości „dołożył”
jeszcze Polce całkowity zakaz kontaktu z dziećmi.
Przed przystąpieniem do omawiania głównego wątku tej interesującej sprawy, warto skoncentrować się na analizie
działania polskiego organu administracji państwowej. Wydaje się ono być klasyczym przykładem ilustrującym
funkcjonowanie całego aparatu państwa nie wyłączając służb dyplomatyczno-konsularnych (także skrótowo
poruszonego w omawianym programie). Odziedziczony po PRLu, aparat ten w praktycznie nienaruszonym stanie
dotrwał do dnia dzisiejszego. Dopiero od początku rządów braci Kaczyńskich pozytywne zmiany zaczynają powoli i
z oporem zachodzić, ale jak na razie tylko na szczytach władzy. Podstawowym celem PRLowskiego aparatu władzy
było administrowanie okupowanym krajem w imieniu Moskwy. O ile wyższe stanowiska zajmowali w nim zdrajcy i
oddelegowani „na ten kierunek” toważysze sowieccy, o tyle gros stanowisk obsadzony był przez prymitywnych i
głupich biurokratów nie będących w pełni świadomych swojej roli. Wbrew pozorom nie oznaczało to „gorszej
jakości” wykonywanej przez nich pracy. Wytworzona swoista mentalność sprawiała, że harmonijnie współpracowali
ze zdradziecką „górą”. Można tu zaryzykować stwierdzenie, że obecnie stanowią oni większy problem niż
zdeklarowani zdrajcy. Tych ostatnich można w praworządnym państwie po prostu usunąć. Istnieje natomiast
problem masy bezużytecznych i wręcz szkodliwych gnuśnych biurokratów, zwłaszcza tych z najbardziej
zdegenerowanego sektora jakim jest wymiar sprawiedliwości. Oprócz skorumpowania dużej ich części smutne
żniwo zbiera wspomniana mentalność funkcjonująca w podświadomości tych ludzi. Im większy serwilizm wobec
zwierzchników i zewnętrznych mocodawców (dawniej moskiewskich, dziś brukselskich, berlińskich, czy
waszyngtońskich) tym większa pogarda i arogancja w stosunku do obywateli, którym zamiast roli służebnej jaką
normalna administracja powinna pełnić, serwują rolę kontrolną. To że ich prawdziwym obowiązkiem, opłacanym na
dodatek z podatków „petentów”, jest dbanie o dobro społeczne, nie jest w stanie zaświtać w ich umysłach.
Rozumieją swoje funkcje jako wymuszanie na obywatelach tego czego według nich ta prawdziwa jak i urojona
„władza” od nich wymaga. Wychodząc z takiego paradygmatu można już łatwo zrozumieć czemu polski wymiar
sprawiedliwości bez szemrania wykonał w omawianej sprawie „polecenie” niemieckiego sądu ignorując dobro
polskiej obywatelki. Za granicami kraju to zjawisko jest jeszcze wydatniejsze. Przyglądajc się pracy polskich
placówek zagranicznych, trudno oprzeć się wrażeniu, że ma się do czynienia nie tylko z obcą ale na dodatek wrogą
organizacją, która nie reprezentuje interesów Polski i polskich obywateli.
Wracając jednak do zasadniczego tematu, warto przyjrzeć się bliżej sytuacji głównej bohaterki tego programu. W
imię ratowania dziecka zdobyła sie na „heroiczny” krok powrotu do kraju i pomimo fiaska swej misji już w nim
pozostała. Z jej wypowiedzi przed kamerą przebijał krytyczny i negatywny (aczkolwiek stonowany) stosunek do
Niemiec i Niemców. Jej ocena nie zawierała jednak nic tak odkrywczego, czego nie dałoby się skonstatować nawet
bez przelotnej styczności z germanią. W końcu wśród rozlicznych zalet tego narodu jest również nieobecność
niepotrzebnej hipokryzji, a co zatym idzie brak nadmiernych wysiłków w celu zamaskowania swojego prawdziwego
oblicza. Gdyby więc nasza bohaterka poznała te prawdy zanim wyemigrowała do Niemiec, być może wogóle by się
tam nie znalazła. Ekonomicznie miałaby przecież nie gorzej nż ma obecnie, a na dodatek miałaby
najprawdopodobniej polskiego męża i dzieci przy boku. Uniknęłaby więc niewątpliwej tragedii jaką musi być
zwłaszcza dla matki utrata dzieci. Jeżeli dla uratowania tylko jednego dziecka zdecydowała się wrócić do „polskiej
nędzy” to czy nie mogłaby jej znosić w imię dobra całej własnej polskiej rodziny? Czy nie warto by zatem pomyśleć
o jakiejś społecznej prewencyjnej akcji uświadamiającej dla niezliczonej liczby polskich kandydatek do „karier
zagranicznych”? Mogłoby to oszczędzić wielu rozczarowań paniom marzącym o lepszym życiu na emigracji.
Ignacy Nowopolski