15 VIII 2007 Proliferacja Judaszy czyli polska rzeczywistość polityczna
Studiując najnowszą historię można dojść do wniosku, że wszelkie naturalne działania i zjawiska społeczno-polityczne w
większości przypadków mają swoje drugie ukryte dno w niejawnych (agenturalnych) manipulacjach.
Szczególnie jaskrawo widoczne jest to na przykładzie Bolszewizmu (ZSRR), gdzie praktycznie cała polityka wewnętrzna i
zagraniczna realizowana była przy pomocy działań (niejawnych) agenturalnych. Szczytowe osiągnięcia w tej dziedzinie
można zanotować w okresie stalinizmu. Do realizacji swych celów Stalin używał całą gamę środków od konwencjonalnej
policji politycznej i wywiadu aż po terrorystów i prowokatorów. Do zadań o dłuższej perspektywie czasowej stosowano
tzw. uśpionych agentów, którzy przed rozpoczęciem działań, przez wiele lat a nawet dekad „integrowali” się ze
środowiskiem. W celu ich uwiarygodnienia dopuszczano również daleko idące metody.
Ukraiński komunista Borys Łewrycki w swej książce pt. „Terror i rewolucja” przytacza przykład agenta sowieckiej
bezpieki M.J. Dowhyja, którego zadaniem w 1947 roku było przeniknięcie do ukraińskiego nacjonalistycznego
podziemia. W celu uzyskania pełnego jego zaufania, podjął się nawet zadania zabicia lokalnego szefa bezpieki. Po
uzyskaniu „zezwolenia” z okręgowej centrali MGB (bezpieki) w Stanisławowie, bez wahania wykonał to zlecenie. Pomimo
to nie udało mu się pozyskać zaufania nacjonalistów i przyciśnięty do muru „wyśpiewał” całą prawdę. Na różnych
poziomach działalności agenturalnej można by zapewne znaleźć setki takich przykładów, ale agenci albo nigdy nie
zostają zdemaskowani albo zabierają swe tajemnice do grobów. W sowieckim wykonaniu działalność ta sięgała
szczytów władzy państw ościennych. Nie bez kozery sowiecka bezpieka uważała prezydenta USA F.D. Roosevelta za
swego de facto agenta. Świadomie czy nie, otoczony agenturą był on marionetką w rękach Stalina.
W przypadku Polski sytuacja jest bez porównania gorsza. Ponad dwieście lat zaborów i zależności umożliwiła wszystkim
naszym wrogom utworzenie nie tylko jaczejek, ale całych wielopokoleniowych dynastii agenturalnych.
Stąd też łatwość z jaką przekształcono w 1989 roku ogromny solidarnościowy wysiłek całego społeczeństwa w jedynie
fasadową zmianę metod działania reżimu. Kiedy po pewnym czasie prostacka charyzma TW Bolka nie wystarczała już
do zamaskowania tej rzeczywistości i trendy narodowe znów nabrały mocy, w celu ich skanalizowania znaleziono
„patriotycznego pasterza”. Ten przystojny i gładki człowiek z łatwością ślizgał się przez kilka lat na nośnym jeszcze
solidarnościowym sloganie, a po wypełnieniu zadania sam został wyślizgany z władzy i zaszczytów, lądując otoczony
pogardą Polaków na śmietniku historii.
Od tego momentu datuje się złoty okres Ubekistanu. Rozbestwiona i niczym już nie mitygowana agentura panoszy się
we wszystkich sferach życia Państwa i Narodu. Dopiero upubliczniona walka frakcyjna o wpływy daje ponowny impuls
do odrodzenia narodowego. Na tę okazję znajduje się nowy pasterz, nie tak już przystojny ale inteligentniejszy no i
niejako... w dwu egzemplarzach.
Po zwycięstwie wyborczym, „patriotyczni przywódcy” odbywają zwyczajowe już pielgrzymki na Jasną Górę i do Torunia,
płyną gładkie słówka o odnowie, patriotyzmie etc., etc. No i cała para dalej idzie w gwizdek. Za wyjątkiem
kosmetycznych zmian wszystko posuwa się utartym torem. Nikt nie koryguje bezprecedensowych monstrualnych
patologii, nie karze winnych, a nawet wręcz przeciwnie władza dba o dobre samopoczucie Ubekistanu.
Kiedy to po incydentalnym ujawnieniu podsłuchu swych rozmów telefonicznych „pierwsza postać polskiej lewicy” tow.
„magister”, wpadł w panikę i przed kamerami telewizyjnymi z widocznym zdenerowowaniem wykrzykiwał, że „ nie czuje
się bezpiecznie w tym kraju”, natychmiast otrzymał zaproszenie na rozmowę do „patriotycznego przywódcy” po której to
wydawał się całkowicie wyleczony ze wspomnianej dolegliwości.
Wszystko więc szło zgodnie z planem. Czemu zatem ośrodki decyzyjne postanowiły to status quo naruszyć. Wydaje
się, że było to spowodowane sprawami unijnymi. Zgodnie z życzeniem Niemiec, Traktat Reformujący powinien zostać
przyjęty do końca bieżącego roku. Zdecydowanie negatywna postawa wobec niego demonstrowana przez młodszych
koalicjantów i częściowe otrzeźwienie społeczeństwa polskiego spowodowane nie maskowaną już agresją germańską,
postawiły pod znakiem zapytania pomyślność tego przedsięwzięcia w Polsce. Podjęto więc decyzję o wprowadzeniu w
życie, tym razem w pełni już udanego popisu wyborczego, po którym to partia oszustów (jako ta bardziej godna zaufania
z punktu widzenia ośrodków decyzyjnych) przejmie kluczową pozycję w miejsce wyeliminowanych młodszych
koalicjantów.
Aby dotrzymać terminu unijnego należało w pośpiechu skomponować prowokację destabilizującą sytuację polityczną w
kraju i rozpisać na jesieni nowe wybory. Posłużono się do tego celu prowokacją którą z perspektywy czasu będzie
można dokładnie zanalizować i ocenić. Będzie to już jednak ocena historyczna, do praktycznych celów przydatna jak
przysłowiowa musztarda po obiedzie. Dlatego warto pokusić się o jej interpretację już teraz by wnioski z nej zastosować
do konstruowania taktyki na najbliższy okres.
Prowokacja składała się z dwu zasadniczych elementów. Pierwszy to „afera gruntowa”, a drugi to kolejna odsłona
spektaklu pt. „Rozróby Ojca Dyrektora”. Zarówno termin jak i temat tego aktu nie były przypadkowe. Media
Redemptorystów są jedynymi w Polsce zdolnymi do znaczącego poparcia tworzonych ad hoc patriotycznych inicjatyw
politycznych. Jakakolwiek inicjatywa konstruowana w okresie zaledwie paru miesięcy na potrzeby najbliższych wyborów,
nie miałaby szans przekroczenia progu wyborczego bez poparcia tych mediów. Uderzenie w tym momencie w Dyrektora
powinno spowodować chaos przynajmniej na krótki okres, neutralizując ewentualne wpływy na kampanię wyborczą.
Tematem tej odsłony była „obraza patriotycznego przywódcy”. Wbrew spekulacjom, nie chodziło tu o wbicie klina
pomiędzy środowiska patriotyczne. Pomysłodawcy mieli pełną świadomość, że władze kościelne będą bardziej skłonne
do ukarania Ojca Dyrektora za „obrazę Polaka-Katolika” niż np. „postkomunisty”. Wybór ten miał tą dodatkową zaletę,
że każde ewentualne ataki tego medium na „formację patriotycznego przywódcy” w okresie kampanii wyborczej można
by dyskontować jako próbę „zemsty” Ojca Dyrektora. Jak wiemy ta część prowokacji zakończyła się całkowitym
fiaskiem.
Podobnie było z jej drugą częścią. Według rozpisanego scenariusza policja antykorupcyjna miała przyłapać
Wicepremiera na braniu łapówki. Z takich czy innych powodów, do zaoferowania łapówki nie doszło, więc Wicepremier
nie mógł jej przyjąć. Wydawałoby się, że w takiej sytuacji powinno się odwołać całą prowokację. Terminy jednak nagliły,
w związku z czym „patriotyczny przywódca” pomimo niewypału odwołał Wicepremiera ze stanowiska, licząc na
sprowokowanie zerwania umowy koalicyjnej. Twierdził przy tym, że cała sprawa dotyczy tylko Wicepremiera i koalicji
sam nie zamierza zrywać, dając koalicjantowi wolną rękę w wyborze następcy zdymisjowanego oficjela. Gdy jednak
młodszy koalicjant nie wyszedł z rządu i przedstawił nowego kandydata na wakujące stanowisko, „przywódca” odrzucił
tą kandydaturę „z powodów merytorycznych” i nominował swego człowieka na tą pozycję. Im bardziej jednak nasz
„przywódca” eskalował prowokację tym mniejsze szanse miał na „złapanie” koalicjantów na jej lep. Następnym krokiem
był publiczny policzek wymierzony drugiemu „niewinnemu” przecież Wicepremierowi, poprzez odrzucenie
proponowanego przezeń kanonu lektur w czasie jego urlopowej absencji. Gdy i to nie skutkowało, zdymisjonowano kilka
osób reprezentujących obu koalicjantów w innych strukturach rządu. W rezultacie tych bezowocnych zabiegów nasz
„przywódca” zmuszony był sam do zerwania umowy koalicyjnej i to o ironio z „niewinnym” koalicjantem w pierwszym
rzędzie. Domniemane łapówkarstwo „pierwszego” Wicepremiera ma się tak do destabilizacji seceny politycznej jak
napad na Radiostację Gliwicką w 1939 roku do Wybuchu II-giej Wojny Światowej, z tą tylko korektą że ta ostatnia była
udaną prowokacją.
Zerwanie Umowy Koalicyjnej poprzedziła „druga szychta nocnej zmiany”. Ileż to spraw można przedyskutować (obok
ustalenia terminu wyborów) podczas czterogodzinnej pogawędki!?
Całemu temu procesowi towarzyszył też wściekły jazgot medialny serwujący opinii publicznej polityczny vanity fair
dotyczący przecieków, kłamstw ministrów i tym podobnych czwartorzędnych spraw. Jazgot ten maskował prawdziwą
wymowę tego żałosnego spektaklu, kompromitującego całkowicie naszego „przywódcę” i co ważniejsze ukryte cele całej
prowokacji.
W charakterze dygresji, tym którzy ciągle mają problemy z oddzieleniem spraw istotnych od plew medialnych
proponowałbym następujące ćwiczenie:
Zamiast zliczać miliony potencjalnej łapówki Wicepremiera, zacząć zliczać setki milionów funduszy łapówkowych
rezydujących od lat na szwajcarskich kontach prominentów III RP i miliardy zrabowanego lub zniszczonego majątku
narodowego.
Purystów moralnych zachęcałbym by zamiast ekscytować się cudzołóstwem dokonywanym przez niektórych posłów z
panią Anetą i innymi paniami K., spróbowali wykorzystać tą energię na przywrócenie na łono człowieczeństwa setek
tysięcy polskich kobiet sprzedających się od lat w domach publicznych całej Europy i Świata.
Wracając do tematu, można skonstatować że ośrodki dyspozycyjne są zdeterminowane w wysiłkach zmierzających do
osiągnięcia założonych celów, bez względu na prowokacyjną klapę. Dzięki temu odsłoniły jednak mechanizmy, które w
innej sytuacji pozostałyby niewidoczne dla społeczeństwa. Zmusiły też „patriotycznych przywódców” do pokazania
swego prawdziwego oblicza. W przeciwnym przypadku, miliony uczciwych Polaków szły by w dobrej wierze do urn by
oddać swe głosy na ich formację.
Teraz zaistniała możliwość przeciwdziałania temu i stworzenia alternatywy wyborczej popartej przez wszystkie
patriotyczne media. Również mniejsze ugrupowania i ich media powinny w tym wysiłku partycypować. Podczas
poprzednich wyborów sytuację Polski można było określić mianem „za pięć dwunasta”, teraz jest już „pięć po
dwunastej”. Należy więc porzucić ideologiczne spory frakcjonujące patriotyczne ugrupowania i połączyć wszystkich
którzy jeszcze posiadają poczucie przynależności narodowej. W całości polskojęzycznego społeczeństwa jest to już
zapewne mniejszość, nie należy jej więc w tej sytuacji rozdrabniać. Przy zaangażowaniu „ponad podziałami” istnieje
szansa na wprowadzenie do Sejmu posłów reprezentujących polską rację stanu.
Spoglądając z perspektywy doświadczeń Zachodu na tzw. „demokrację parlamentarną”, można zaryzykować
stwierdzenie, że nie stanowi ona metody urzeczywistniania politycznej woli społeczeństwa, ale jest instrumentem jego
manipulacji przez ośrodki decyzyjne. W przypadku polskiej specyfiki sytuacja jest jeszcze gorsza. Dlatego naiwnością
byłoby oczekiwanie na kolejne potknięcie Targowicy, która zapewne wygra nadchodzące wybory. Spoglądając na
pierwsze wyniki „badań opinii publicznej”, które można uznać za promulgację nałożonych na agenturę celów
wyborczych, widać wyraźnie że tym razem popis wyborczy musi się udać bez odchyleń od założeń jakie miały miejsce
podczas poprzednich. W sytuacji gdy osiągnięte zostaną wspomniane cele wyborcze, prostą formalnością będzie już
zrzeczenie się przez Polskę niepodległości poprzez akceptację Traktatu Reformującego. W tej sytuacji Polska znajdzie
się na poziomie reprezentowanym w przeszłości przez Generalną Gubernię. W takich realiach, nawet gdyby w jakiejś
dalszej perspektywie czasowej nastąpił kolejny „zryw patriotyczny”, szanse jego powodzenia wydają się nikłe. Ośrodki
decyzyjne nie miałyby też z pewnością kłopotu ze znalezieniem kolejnego garnituru agenturalnych przywódców i to
nawet w trzech egzemplarzach.
Należy sobie powiedzieć jasno, że szanse na odzyskanie suwerenności konwencjonalnymi metodami „demokracji
parlamentarnej” są praktycznie równe zero.
W tej sytuacji jedyną drogą jest powtórka sukcesu Polskiego Państwa Podziemnego z okresu pierwszej GG. Należy
rozpocząć oddolną budowę nieformalnych struktur państwowych (w swej roli porównywalnych do „gabinetu cieni”),
równoległych do oficjalnej administracji państwowej. Przy pierwszej okazji, umożliwiłoby to przejęcie funkcji
administracyjnych i odzyskanie Państwa dla Narodu. Dałoby to też szansę na wyszkolenie i sprawdzenie (także pod
kontem ewentualnej ich agenturalności) przyszłych kadr Państwa Narodowego. Należy tu podkreślić, że kłamstwem jest
twierdzenie o przeżyciu się Państw Narodowych. Zgodnie z Prawem Boskim, aby Ludzkość mogła istnieć, musi istnieć
rodzina a także jej szersza forma Naród. Tak jak rodzina potrzebuje domu, tak Naród Państwa i nie jest to żadnym
anachronizmem.
Istnienie takich nieformalnych struktur miałoby dodatkową zaletę w postaci czynnika mitygującego dalsze łotrostwa
Targowicy poprzez memento nieuchronnej kary.